Menu

Jak powstawała biografia Alberta Sługockiego "Moje życie, moje wojny"

Okładka książki "Moje życie, moje wojny"
Okładka książki "Moje życie, moje wojny"

"Moje życie, moje wojny" to najeżona niezwykłymi przygodami biografia Alberta Sługockiego. Polaka, który po ucieczce przed prześladowaniami przez władze PRL-u walczył z komunizmem w barwach armii USA.

Zanim autor książki dotarł do jej bohatera, musiał pokonać wiele przeciwności - przeczytajcie, jakich...

Z Albertem spotkałem się osobiście pierwszy raz w 2001 roku w Iquitos na Amazonce. Wcześniej tylko raz miałem z nim kontakt przez telefon. Nie był rozmowny, mówiąc niezbyt zborną polszczyzną. Czułem, że jest podejrzliwy i nie ma do mnie specjalnego zaufania. Próbowałem namówić go na udział w filmie o nim dla TVP. To go trochę zainteresowało, ale właściwie zbył mnie, argumentując tym, że musi mieć więcej czasu na decyzję.

zamów książkę w księgarni militarnej >>


O nieznanej mi postaci Alberta Sługockiego, polskiego emigranta mieszkającego w USA, dowiedziałem się od mojego starego kumpla z Berlina – Krzysia Lipowicza, choć i on nie poznał go osobiście. Potomek polskiej szlachty, weteran wojen – w Korei, Laosie i Wietnamie, były szeryf, uniknął śmierci kilkadziesiąt razy, zabijał dziesiątki razy. Jako jeden z najlepszych żołnierzy USA, był wybrany do niesienia trumny na pogrzebie zamordowanego prezydenta Kennedy’ego.

Zacząłem starania o jego realizację. I tu zaskoczenie – w TVP 2, owszem, zainteresowano się Polonusem opiekującym się Indianami, ale wyrażono dezaprobatę dla jego wojennych osiągnięć i sukcesów („Był mordercą komunistów”- stwierdzono). Po długich telefonicznych negocjacjach udało się sfinalizować z Albertem filmowe przedsięwzięcie, dotyczące jego humanitarnej pomocy dla Indian plemienia Jagła w Peru.

Kiedy w cuchnącym porcie Iquitos na Amazonce wsiadaliśmy do starej krypy, pływającej już kilkadziesiąt lat po tej rzece, zobaczywszy rosłego, wysokiego, mocno umięśnionego i wytatuowanego, siwego mężczyznę, który się ze mną przed chwilą przywitał, zastanawiałem się, co musi powodować człowiekiem po takich przejściach, aby parę razy w roku latać kilka tysięcy kilometrów z Florydy, gdzie mieszka, do tego swoistego piekła, wilgotności nie do zniesienia, lejącego się z nieba żaru, ciągle padających deszczy i wszechobecnego robactwa. Ale już po kilku godzinach wspólnej wyprawy wiedziałem, że to człowiek ciągłej walki z przeciwnościami, a swój wojenny etos i heroizm, który się skończył, musiał skierować na inne, pokojowe tory. Kiedy dotarł tu kilkanaście lat wcześniej, plemię, którym opiekuje się do dziś, właściwie nie widziało białego człowieka. Albert był chyba pierwszym. Tak zaczęła się ich przyjaźń i ogromna pomoc z jego strony. Sprowadził „lekarzy bez granic”, zbudował szkołę, z jego pomocą został otwarty szpital na palach w dżungli.

Przeczytaj więcej o książce "Moje życie, moje wojny"

Kiedy płynęliśmy na przemian w upale i w deszczu, zobaczywszy Alberta za sterem statku, na mostku kapitańskim, kazałem włączyć kamerę i poprosiłem, aby opowiedział swój życiorys. Słuchałem i nie wierzyłem. Już to, co opowiedział o dzieciństwie, nadawało się na wojenny thriller. Pomoc partyzantom, ucieczki przed Niemcami… Uciekał też przed ubekami, ale i sowietami. To wszystko okazało się dopiero swoistym preludium.

Jako 16-latek, udając dorosłego, trafił do Legii Cudzoziemskiej, dalej była Korea, Laos, Wietnam. Nienawidził komunistów i aby móc z nimi walczyć, wybierał te wojny. Ile razy unikał śmierci – na to pytanie nie chce mi odpowiedzieć. Sądzę, że kilkadziesiąt. Nie raz leżał pod ciałami kolegów, przymarzał do ziemi, wąchał ciała wrogów, zalewających go krwią. Kilka razy ranny, zawsze wracał zwycięsko, choć nieraz z jego plutonu, po frontowej potyczce, wracało tylko kilku żywych. Choć był spadochroniarzem, długie lata spędził w górskich okopach.

Jak mi mówił: „nienawidził żółtków”. Działał też na tyłach wroga, organizując na przykład w Wietnamie antykomunistyczną partyzantkę… ale i burdel dla lotników USA, a także market z trofeami pochodzącymi rzekomo od zabijanych Wietnamczyków. Kiedy nie miał kto gotować jego partyzanckiemu oddziałowi – porwał podstępem kucharza z restauracji z Sajgonu. Był jednym z najlepszych amerykańskich "Zielonych Beretów", później jednym z czołowych ich instruktorów. Ma właściwie wszystkie najwyższe odznaczenia US Army. Pod koniec swej mundurowej kariery, przez kilka lat działał jako agent wywiadu na terenie Berlina. Miał być zrzucony do Polski lub Czech….

Przez blisko 40 lat poszukiwała go rodzina z Polski, a właściwie wszystko wskazywało na to, że nie żyje. Dopiero kiedy skończył karierę agenta, mógł się ujawnić i być po raz pierwszy w Polsce. Nawet nie sądził, że po tylu latach pokocha ojczyznę na nowo. Historia lubi płatać figle, odnalazł brata, który żył i pracował w państwie zwanym PRL i niespecjalnie akceptował to, co robił Albert, ale to nie przeszkodziło w powrocie do korzeni i ich spotkaniu po latach. W młodości wychowywał się na pograniczu Polski i Słowacji, w pobliżu Bieszczad, tam też posiadł letni dom. Myślał o powrotach do Polski. Marzył, aby być pełnoprawnym Polakiem, wystąpił więc z wnioskiem o obywatelstwo RP. Ten potomek walecznego, historycznego szlacheckiego rodu herbu „Ślepowron”, dostał od wojewody gdańskiego (tam opuszczał Polskę w 1945 roku) odmowę – bo służył w obcej armii…

Po naszej amazońskiej przygodzie spotkałem się z Albertem wielokrotnie (gościłem go też w Polsce), ale pierwsza moja wizyta w jego domku na Florydzie przypomniała mi cały jego życiorys. Kiedy zapukałem do drzwi, najpierw ukazała się dłoń Alberta z pistoletem, i dopiero po chwili otworzyły się szeroko drzwi.

Michał Fajbusiewicz

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.